paź 8 2022
KLESZCZE, ODC. II
2 odcinek/ KLESZCZE/
Spacer na ulicę Cichą wyraźnie dobrze zrobił Małgorzacie, choć ostro wydłużała krok. Ochłonęła. Odleciał zapach Wacka. Nie ma tego złego. Po piętnastu minutach pukała do drzwi ładnego domku z zieloną dachówką i małym ogródkiem. Kwiaty w nim zachwycały feerią barw, choć już była końcówka września.
– Wchodź. Wieki temu! – wykrzyknęła uradowana Wanda; szczupła, z burzą kasztanowych włosów, spoglądając uważnie na przyjaciółkę. Jakże dobrze się znały. – Jakieś problemy? – spytała i objęła ją za szyję, a potem cmoknęła w policzek.
Był w niej zazwyczaj spokój, który rozładowywał napięcie jeszcze zanim powstało,
a dzisiaj?
– To zmęczenie i upał tak na mnie działają… no i te zmieniające się cumulusy – odpowiedziała Małgorzata, witając się z Wandą. – O tej porze roku to wprost niebywałe. I ten wiatr, który niechybnie coś przyniesie – dodała i zamilkła.
– I…
Małgorzata potarła czoło.
– I Wacek – wydusiła, zadzierając w górę głowę. – Wciąż nie mogę pojąć – dodała i umilkła na sekundę. – Wiesz, widziałam się z nim pół godzinki temu. Coś się znowu we mnie wywraca – przyznała, przewracając oczami. – I jak złości. Nie mogę tego chwastu wyrwać. Widać pozostały korzenie. To jak perz.
– No tak… – chrząknęła Wanda. – Wejdź. – Zaorska wykonała ręką zapraszający gest. – Zaraz ci poprawię humor – dodała obiecująco, ale i jednocześnie jakimś smutnym głosem.
– Poprawiaj! Byle szybko, bo mam strasznie mało czasu. – Małgorzata spojrzała na zegarek. – Zdejmę też te cholerne szpilki, choć na chwilę – dodała.
– Nie trzeba, u mnie jak wiesz, nie zdejmuje się butów – zaprotestowała jej przyjaciółka.
– Ale ja zdejmę! Bo i nogi wrastają mi w d…
Wanda roześmiała się, ale nie był to radosny śmiech. Podobnie jak jej głos.
Weszły do dużego salonu z garniturem dębowych mebli, gdzie czekał stół nakryty piękną serwetą z haftem richelieu. W wazonie pyszniły się czerwone róże.
– Siadaj, proszę – Wanda podała filiżankę świeżo zaparzonej herbaty. – Taka jak lubisz. Nic się chyba nie zmieniło w tej kwestii? – wygładziła palcem zmarszczki niepokoju na twarzy Małgorzaty. Muszę ci też coś powiedzieć odnośnie Wacka. Tylko nie spadnij z krzesełka…A wiesz już, że dzieciaki nie jego? Pochwalił się? – urwała, szukając słów. – Sensacja na całą Nową Dębę – dodała po krótkiej przerwie. Potarła czoło. – Przykro mi Małgosiu. A miałam ci poprawić humor – zauważyła z troską w głosie i niemal natychmiast odleciała gdzieś myślami.
– Miłość ci wszystko wybaczy… – zanuciła Małgorzata. – Zaraz, kto to śpiewał? Hanka Ordonówna? No chyba… Nie, nie wiem. – A więc o tym chciał jej powiedzieć Wacek…
Chciałem ją zabić… Wykrzywiła usta w grymasie i przełknęła ślinę. Mocno chwyciła
poręcz fotela.
– Zauważyłam, że Wacek kocha dzieci i nie musi być ci przykro, Wanda. Dzieci, które się wychowuje od urodzenia, zwykle się bardzo kocha. Niemniej to szok – przyznała. – Nie spodziewałam się tego usłyszeć. A może on jeszcze nic nie wie?
Wanda spojrzała jej wymownie w oczy.
– Ależ wie, Małgosiu. Cała Nowa Dęba o tym trąbi. Jeleń! Jelenisko!
Od tych rewelacji Małgorzata czuła się skołowana i oszołomiona. Tętno oszalało. Karuzela. Tym razem w głowie.
– To dziwne. Nie dał po sobie niczego poznać – oznajmiła, kiedy już tętno przycichło. – Co prawda, coś tam Wacek wspomniał na ten temat, i że jest gotów zabić Jagodę, ale myślałam, że żona puściła mu się znowu z jakimś kundlem. No, no… faktycznie jelenisko!
– Wacek zawsze potrafił ukrywać swoje emocje. Do końca nie wiedziałaś, Małgosiu, że spotyka się równolegle i z tobą i z Jagodą… – urwała.
– No tak… Więc mówisz, że sprawa się rypła?
Wanda kiwnęła głową. – Zatrzepotało cię? Z satysfakcją? – spytała.
– Zatrzepotało. Jak cholera. Z satysfakcją!
– Skąd masz te wiadomości? To pewne? – Małgorzata po raz drugi spytała przyjaciółkę, upijając łyk herbaty i oczywiście, parząc sobie język. – Należałoby współczuć Wackowi, ale jakoś nie potrafię – dodała z krzywym uśmiechem.
– Ma, na co zasłużył, barani łeb. Wszyscy wiedzieli w ogólniaku, że Jagoda się puszcza, tylko on był ślepy i ty – zauważyła tak zupełnie naturalnie, bez przekąsu i złośliwości. – I ty, niestety – powtórzyła po chwili.
– Może tylko porządny, Wandziu. Jagoda zaszła w ciążę, więc się ożenił. – Małgorzata zawahała się lekko. – A ty też wiedziałaś? Mogłaś mnie chociaż ukierunkować nieco – spojrzała przyjaciółce w oczy.
– Coś mi się obiło o uszy, ale nie byłam pewna. Jak wiesz nienawidzę plotek. Może i powinnam ci szepnąć słówko, ale wiesz…
– Wiem. Niemniej jednak słowo należało się!
– Próbowałam ci powiedzieć nie raz.
– Próbowałaś?
Wanda kiwnęła głową.
– Byłaś tępa jak zardzewiały nóż do ciasta.
Wybuchły na krótko śmiechem, a potem Małgorzata wzruszyła ramionami i otrzepała z siebie śmiech, zdziwienie, satysfakcję i wszelkie inne uczucia. Także i rodzące się współczucie dla Wacka.
– To już nie ma znaczenia. Już sam twój widok…
– Czyli w porządku? – zapytała po chwili Wanda. – Naleweczki?
Małgorzata kiwnęła głową i spojrzała w okno. Ogromne cumulusy kłębiły się na niebie przesuwając na południe. Rozległ się potężny, odległy grzmot. Wilgotne, chłodne powietrze wirowało wokół szyby.
– Wszystko w porządku – odpowiedziała. – Tylko prawda taka, że od tych zasłyszanych rewelacji uszło ze mnie całe powietrze. Ale już się napełniam. O, już! A co u ciebie, Wandeczko? Czuję, że coś wisi w powietrzu, i to nie tylko burza – Małgorzata zaśmiała się krótko i spojrzała uważniej w oczy przyjaciółki. – Jesteś czymś zdenerwowana? Bo wydaje mi się, że Wacek nie jest jedynym powodem… – upiła łyk aroniowej nalewki. – Bardzo smaczna – pochwaliła i znowu spojrzała na zegarek i na Wandę.
– No rzeczywiście nie on, a zdenerwowana jestem i owszem. Masz rację. Jednak to jest temat na dłuższą rozmowę, a ty chyba musisz już iść – powiedziała i dodała – To dłuższy temat, Małgosiu, teraz nie pogadamy, bo jak widzę swoim bystrym okiem, przydeptujesz z nogi na nogę, a to naprawdę dłuższy temat – powtórzyła. – Muszę ci się solidnie wyżalić i popłakać w twoich ramionach.
Małgorzata wykrzywiła w uśmiechu usta.
– O… aż tak? Rzeczywiście, muszę już lecieć. Trochę czasu zajęła mi rozmowa z Wackiem, z tobą a dzisiaj jeszcze chcę zaliczyć cmentarz, a poza tym, zaraz lunie deszcz. Uwielbiam burzę, ale w domu. Będziesz na spotkaniu u wuja? Zapraszam, pogadamy! Proszę, koniecznie przyjdź – dodała, podnosząc dłoń w geście pożegnania. Znów spojrzała na zegarek i dopiła kieliszek nalewki. – Dobra jak nie wiem co. Połknę wraz z kieliszkiem. Uciekam. A propos, gdzie on jest? Znaczy się, twój mąż. Heniutek.
– Poszedł do lasu na kurki. To takie żółte grzyby – oznajmiła i uśmiechnęła się krzywo – A raczej pojechał samochodem, naszym stary gratem. Może mu się zepsuł, podobnie jak twój… Cały czas mu powtarzam, że powinien iść z nim do warsztatu, na przegląd, ale on ciągle nie ma czasu jako i ty i teraz masz babo placek. Już dawno powinien być w domu. To już kilka godzin, a ja mam mu coś ważnego do powiedzenia. Tobie zresztą też, ale to później. Później. – Coś zgrzytnęło w jej słowach.
Złość? Nie, to nie była złość.
8 października 2022 @ 23:28
nie złość? to ciekawe bardzo, co.. czekam na dalszy ciąg